6 cze 2016

Niebo nad Berlinem


W Londynie to dopiero mają życie. Albo w Paryżu. O Azji nie wiem właściwie nic, ale chętnie bym się dowiedziała. Tam na pewno byłabym lepszą Weroniką 2.0. W Australii z marszu zapisałabym się na siłownię, pokochała surfowanie i siebie w wersji opalonej. W Barcelonie sięgałabym chętniej po książki o historii sztuki, no bo przecież Gaudí. W Neapolu jadłabym bezkarnie pizze na śniadanie, obiad i kolację, a w Rzymie nawróciłby mnie sam widok baldachimu Berniniego.

Chcę innych widoków, ulic, budynków. Chcę stanąć pośrodku dzielnicy, której nazwy nie znam, rozejrzeć się dookoła i nie kojarzyć niczego. Mam dosyć dwóch Żabek, Rossmanna i baru mlecznego, które mijam każdego dnia. I mostu, na którym w gorące dni jest zawsze goręcej, bo słońce praży niemiłosiernie, a w zimne zimniej, bo wiatr urywa głowy. Dosyć tego małego tajemniczego ogrodu, który za pierwszym, drugim i trzecim razem wydawał mi się magiczny, ale teraz nie widzę w nim nic więcej poza nierówno przyciętym żywopłotem, ławeczką i pomnikiem przeciętnej urody.

No i wylądowałam w Berlinie.



Czy ludzie tam są naprawdę szczęśliwsi? Cholera, nie mam pojęcia. Skąd mam wiedzieć, że te śliczne rodzinki nie rzucają w siebie talerzami? Albo że ci uroczy tatusiowie noszący dzidziusie w chustach nie zapijają wieczorem niespełnionych samczych ambicji? Albo że przemiła starsza pani z piekarni nie spluwa pod nogi uchodźcom? Albo że tamte młode roześmiane grupki obsiadujące wieczorem każdy wolny kawałek trawy nie mają po powrocie do domu ataków paniki z powodu braku perspektyw?   

Zastanawiam się, jak to jest być maleńką komórką w tak dużym organizmie. Oficjalnie w Berlinie mieszka dwa razy więcej osób niż w Warszawie. Oficjalnie. Chodząc ulicami, wyobrażałam sobie, że jestem taką kolejną komórką i jednego dnia ta wizja przytłaczała mnie, a drugiego ekscytowała, więc w końcu nie wiem - pakować te walizki czy nie.

Cztery dni na ogarnięcie metropolii tego kalibru to misja niemożliwa, ale uważam, że poradziłyśmy sobie z Karlą całkiem nieźle. Od rana do nocy na nogach; trochę też na pupach i plecach, bo parków z ławeczkami nie brakowało. Byłyśmy tu i tam. Raz turystycznie, raz klimatycznie. Dużo patrzyłyśmy, nie tylko na przystojnych chłopców.

Czy mityczny Zachód mnie uleczył? Nie. Ulepszył? Może. Na pewno muszę się odzwyczaić od chodzenia z piwkiem po mieście, bo taki piknik będzie mnie słono kosztował we Wro. To po pierwsze. Po drugie, przydałoby się poukładać myśli, bo trochę pofilozofowałam na berlińskich ulicach, nie powiem. Karla przynajmniej zabrała ze sobą dziennik i wrażenie uchodziły z niej stopniowo. Ja tu stukam po wszystkim bez ładu, składu i wcześniejszego pomyślunku. Po trzecie, kultura spędzania czasu wolnego to coś, co skopiowałabym i wkleiła do naszej rzeczywistości bez ani jednej poprawki. Dawno nie widziałam tylu naprawdę rozmawiających ze sobą osób. Bez spięcia, pośpiechu i telefonów w ręce. Obiecuję brać przykład.  

W parze z Karlą idzie analog, który z kolei wymusza przestawienie mózgu na tryb slow. Dlatego jeśli jesteście ciekawi szybkich ulicznych migawek, można poskrolować mój instagram. A ja czekam na wywołanie filmu i następnym razem pokażę Wam bardziejsze zdjęcia.



Ciąg dalszy nastąpi...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

0 komentarzy