11 maj 2016

Sentymentalna landryna

z cyklu: a u t o t e r a p i a 


Nie tak młodzi (on), nie tak piękni (ona), ale z pewnością zakochani. Kto to taki? Mistrz Rolke i jakaś różowa.

Patrzę na to zdjęcie i się uśmiecham. To nie tak, że przez całe życie marzyłam, żeby stać z Tadeuszem Rolke pod ramię, ale jak już stanęłam... No miło się stało, ale stanie to trwało tylko taką chwilkę, jakiej potrzeba na powiedzenie kilku miłych słów i pstryknięcie fotki. Szkoda, postałabym jeszcze trochę.

A tu obiecany ciąg dalszy anologowego wpisu:

Kolejny pierwszy raz zaliczony. Sposób pracy z analogiem jest taki niedzisiejszy, wszystko idzie wolno, nad każdym zdjęciem trzeba się zastanowić, a koniec końców i tak nie da się przewidzieć efektu. I to czekanie na wywołanie! Podoba mi się to. Ten mały aparacik rozkochał mnie w sobie i mam przemocne postanowienie sprawienia sobie takiego cuda (na razie żeruję na biednej Karli). Tworzy aurę, którą właśnie ja chcę budować tutaj. Czuję, że to może być związek na długie lata. Przydałaby się nowa pasja, nie powiem.

Jakaś część mnie żyje w internecie, bo przecież siedzę i piszę do Was. Ale paradoksalnie mam coraz silniejszą potrzebę odsuwania tego, co nowe. Nie chcę dramatyzować w stylu ahh! ta dzisiejsza młodzież nie potrafi nic zrobić, tylko siedzi przyklejona do telefonów, bo to krzywdzący stereotyp. Ale robię się coraz bardziej nieufna i czuję zawód: że treści, jakie znajduję na większości blogów i nie tylko są do bani, że wszystko jest sponsorowane, że przekaz topowych blogerek docierający do tylu młodych dziewczyn można by zawrzeć w słowach KUPUJ, KONTURUJ, KOMPLEMENTUJ, NIE DYSKUTUJ. Może jestem po prostu zmęczona. A może to przez to, że nasze obrzydliwie ekshibicjonistyczne czasy są na swój sposób dekadenckie i karykaturalne, a ja nie chcę ich rozumieć?

Agata Myga (via)
Nick Knight, Pale Rose, 2012

Zresztą czy ja mam prawo do narzekania na ekshibicjonizm? Przecież sama zaczynam się coraz mocniej uzewnętrzniać. Pisałam to dwa albo trzy lata temu przerażona i napiszę znów - tym razem z większym spokojem. Chociaż to taki pozorny spokój, raczej niepokój, który wyparł tamten ogromny lęk. No więc: ciągle nie widzę sensu. We wszystkim. Nie znam siebie, cieszę się tylko przez chwilkę, nie potrafię znaleźć odpowiedniej ścieżki, a co dopiero trzymać się jakiejś przez dłuższy czas. Snuję się, tęskniąc za czymś, czego nie jestem w stanie nazwać. Nic, tylko kłaść się na kozetce u Freuda (albo i nie, bo on traktował kobiety bardziej w kategoriach niezdolnego do zrobienia czegokolwiek wartościowego podczłowieka, heh). Ja wiem, że to są rozterki egzystencjalne na poziomie ameby, ale rozmowy, te odbyte i te podsłuchane, uświadamiają mi, że to jest problem tak powszechny, jak uzależnienie od słodyczy. Beznadziejnie, że cierpię akurat na jedno i drugie.  I najgorsze jest to, że strach spowodowany uświadomieniem sobie tego stanu nie zmniejsza się, bo czuję jakieś zmiany na lepsze. Po prostu się do niego przyzwyczaiłam. Kryzys wieku nastoletniego przerodził się w kryzys wieku dwudziestoletniego.  

Ostatnio dużo czytam. Jestem świeżo po "Annie Karenine" oraz "Pannach z Wilka" i czuję, jak nigdy dotąd, kojącą moc książek. Literatura to jest coś niesamowitego. W głowie rodzi ci się jakaś myśl, której nie potrafisz jeszcze do końca ogarnąć ani przyswoić. Po czym bierzesz do ręki książkę i odnajdujesz ją w cudzych słowach. Zazwyczaj lepiej napisaną, niż byś kiedykolwiek pomyślał. Trochę deprecha. I jednak wszyscy jesteśmy tacy sami.

Dobra, ględzenie na bok. Przejdźmy do spraw wagi pierwszorzędnej, bo oto przybrałam nową tożsamość.  


Tak, tak, żegnaj odroście. W końcu ruszyłam tyłek do fryzjera i teraz znów mogę nabierać dzieci, że to mój naturalny kolor. A dzieci mam od niedawna pod dostatkiem, bo musicie wiedzieć, że ten odrost to niejedyny sukces, jaki osiągnęłam w ostatnim czasie. Spokojnie, to nie pierwsze efekty programu 500+. Fakt, moje fundusze - jakby to tak ładnie ująć - wymagały podreperowania. Ale znalazłam szybszy sposób, bo gdybym miała czekać 9 miesięcy to bym z głodu umarła. No więc: znalazłam pracę. W zoo. Branża zabawkowa. Nie wiem czy to wystarczająco glamour, żeby się chwalić z internetach. Jeszcze nie latam po świecie prywatnym odrzutowcem zagryzając stresogenne turbulencje truskawkami w czekoladzie. Z naciskiem na jeszcze. Niemniej jednak cieszy mnie fakt, że robię coś więcej niż bycie i że w drodze do pracy mijam żyrafy. A żyrafy kocham miłością wielką, o czym nie omieszkałam napomknąć na Instagramie.

Nową tożsamość roboczo nazwałam sentymentalną landryną. Gdy w ruch idzie ta sukienkę, to znaczy, że szykuje się wielkie wyjście. Nosząc ją, myślę o Monecie malującym "Nenufary" i w ogóle to jest ten rodzaj ciucha, w którym człowiek czuje się jak milion dolarów. Tożsamość została stworzona z myślą o premierze w teatrze. Wybrałam się na spektakl "Oni", który reżyserował chłopak w moim wieku. Znów, trochę deprecha. No ale ja sobie mijam żyrafy, też jakiś sukces.

W tym miejscu chcę powiedzieć coś jeszcze, chociaż do takich rzeczy publicznie się nie przyznaje. Wstyd! Na szczęście pójście na filmoznawstwo bez jakiejkolwiek wiedzy filmowej oduczyło mnie udawania, że wiem, gdy nie wiem. Chodzi o to, że nie rozumiem teatru i mi z tym źle. Albo inaczej, pojmuję go teoretycznie, ale zupełnie nie wiem, jaką postawę przyjąć siedząc już pod sceną, żeby to doświadczenie dawało mi radość(?), spełnienie(?), cokolwiek rozwijającego. Brak mi obycia, czuję się nie na miejscu i jakoś mi dziwnie. Nie możemy znaleźć wspólnego języka, a bardzo chciałabym w końcu uścisnąć sobie z teatrem dłonie, klepnąć się po plecach i cieszyć samym faktem współistnienia jego i mnie. Jest tu ktoś z teatrem zaprzyjaźniony i chce mnie może przedstawić?   

*   *   *

Mały przerywnik rozluźniający w postaci dowodów na istnienie UFO. Wiecie, że kiedyś jakiś człowiek postanowił zebrać w jednym miejscu zdjęcia latających statków zrobione na przestrzeni 138 lat? Jestem taka wdzięczna, że ten ktoś się urodził.


*   *   *

Jak Wam się podoba taka forma bloga? Luźniejsza, oparta na tym, co akurat zaprząta moje myśli. Nie chcę oczywiście zacząć relacjonować posiłków dnia i spacerów do Żabki. Zawsze będzie coś o fotografii, filmie, książce, sztuce, modzie też - ale w mniej oficjalny sposób. Już dawno stwierdziłam, że nie pasuję do roli dziennikarza modowego ani do szafiarkowania. Kryzysowe czasy wymagają nowych rozwiązań, więc próbuję. Nazwijmy to, co się tu teraz między nami odbywa, małymi eksperymentami formalnymi. Takie pisanie jest bardziej osobiste, co - nie ukrywam - sprawia mi trochę problemów. Jest też bardziej chaotyczne, co z kolei może być kłopotliwe dla Was. Mam jednak wrażenie, że całość wydaje się, no właśnie, całością. Że takie wpisy jeden po drugim dopełniają się, tworzą spójny komunikat i w końcu uwolnią mnie od granic, które sama sobie niepotrzebnie narzuciłam.

Będę wdzięczna za odzew na dole. 
Trzymajcie się i trzymajcie mnie

12 komentarzy:

  1. Jak najbardziej tak! Ten post i tak ma to "coś" Twojego, inspirującego, więc nie martw się, na pewno dalej będzie świetnie :3
    Ale żyrafy - to wygryw życia!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! I jutro pozdrowię żyrafy specjalnie od Makowej Panienki :)

      Usuń
  2. Twój blog to jedna z najlepszych rzeczy jakie mi się w ostatnim czasie przytrafiły.
    Jestem w miłości! ❤

    OdpowiedzUsuń
  3. Teatr to trudna rzecz, jednak dla mnie istotne jest to, że czuję jego przyciąganie. Stwierdziłam ostatnio, że nie wszystko muszę rozumieć.
    Całość gra i buczy(w sensie pozytywnym buczy), jednak nie przymuszaj się do uzewnętrzniania, jeśli ochoty brak. U Ciebie i tak jest <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też absolutnie nie mam zamiaru wszędzie doszukiwać się sensów albo analizować, jak wiersze w szkole. Tylko luzu mi potrzeba i zduszenia tego dziwnego dyskomfortu. Tak sobie myślę, że najlepsze chyba będą ćwiczenia praktyczne. Trzeba będzie dokupić drugą kiecka :D

      Usuń
  4. Też nie rozumiem teatru. Mało tego, strasznie się zniechęciłam. Ale ja jestem z tych co oglądają seriale i starają się nie myśleć wcale, gdy już szukam sobie rozrywki. No kurczę, mam płacić i jeszcze do tego myśleć? :D

    Btw, bardzo dobrze mi się czytało w takiej formie. Jakoś tak bardziej... swojsko? To chyba dobrze. :p

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O nie! Na hasło "swojsko" widzę przed oczami kotleta schabowego z kapustą zasmażaną :D Widzę, że chyba już na zawsze pogrzebałam szanse tego bloga na bycie glamour... No cóż.

      Usuń
  5. W tej kiecce i w makijażu wyglądasz tak właśnie glamour. Trochę nie poznałam.

    A w kwestii kryzysu wieku dwudziestoletniego - gdybyś chciała kiedyś się wyżalić lub pesymistycznie pokonwersować, ja i krakowski spleen zapraszamy na kawę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo chętnie, tylko musisz mi dać jakieś namiary na siebie!

      Usuń
    2. Bardzo się cieszę, że jesteś chętna na spotkanie! Odezwę się przez instagarma.

      Usuń
  6. Świetny wpis, taki szczery :D Tą swoją szczerością zawsze mnie uwodzisz. Potrafisz pięknie opisywać rzeczy, w taki... (nie)typowy sposób. Nie umiem tego odpowiednio wyrazić, ale powiem tylko, że naprawdę bardzo lubię czytać Twojego bloga i w jakiś sposób inspiruje mnie on ;)

    OdpowiedzUsuń

12 komentarzy