21 maj 2016

Jak przejęłam kanał Radzki i przy okazji
dostałam Rudzielca


Też macie w głowię tę opozycję internet-rzeczywistość? Bo ja właśnie zaczęłam się z niej leczyć. Często mi ona nie pasowała i czułam, że oczernianie sieci na korzyść „prawdziwego świata” jest trochę naciągane. Na przykład te wszystkie uświadamiające kampanie społeczne, żeby nie wyciągać telefonów, gdy poszło się z kimś na kawę. Ludzie już nawet nie potrafią ze sobą normalnie porozmawiać. Pomyśl, zanim całkowicie się odczłowieczysz. I tego typu podpisy. Ja nie zawsze mam potrzebę gadania, gadanie i gadania. Szczególnie, jeśli jestem z kimś naprawdę bliskim. Czasem zwykłe posiedzenie obok siebie też jest przyjemne i potrzebne.

Poza tym denerwuje mnie degradowanie kontaktów utrzymywanych przez internet, tak jakby te wszystkie rozmowy były gorszej od NORMALNYCH. Ok, są inne, bo pojawia się jakieś medium, ale one także są częścią "prawdziwego świata". Ale dziś nie o tym chciałam mówić, więc jeszcze tylko szybciutko podlinkuję Wam fajny tekst Bertie Brandes dla i-D i wkleję kilka fragmentów:

Kim jesteś? Czy jest to powiązane z wykreowaną przez ciebie w internecie tożsamością? Wszyscy ludzie, którzy niedawno byli zbyt fajni na konto na Facebooku, dosłownie wyparowali.  

Internet jest rzeczywistością, a T.S. Eliot na pewno miałby Facebooka.  

Nasza cyfrowa tożsamość jest ogromną częścią tego, kim jesteśmy. Nikt nie sprawdza waszych profili na Facebooku tak często, jak wy sami. Nikt nie czyta waszych wpisów tak często, jak wy. Internet jest jak człowiek, który stoi sam w wielkim pokoju wyłożonym lustrami, patrząc na nieskończenie wiele odbić siebie. Zachęca nas do zabawy w Narcyza, zajrzenia w otchłań. I właśnie to będziemy robić po wieki wieków albo przynajmniej dopóki bateria nam nie padnie.



12. maja we Wrocławiu na moich oczach internet spotkał się z rzeczywistością. Po raz pierwszy w życiu przyszłam na spotkanie z "człowiekiem z Youtuba". Gdyby chodziło o samo spotkanie to pewnie bym się nie pojawiła, bo wzruszenia, uściski i te sprawy to nie moje klimaty. Ale trzeba przyznać, że jak Radzka coś zorganizuje, to z przytupem. Piąte urodziny jej kanału odbyły we wrocławkim kinie Nowe Horyzonty, które na tę okazję zdobyło premierowy dokument "The First Monday in May".  I tym sposobem musiałam tam być.

W polskim mainstreamowym internecie zajmującym się modą wciąż jest niewielu twórców, którzy wychodzą poza prezentowanie swojej szafy, zakupy i jeszcze więcej zakupów. Ledwo opanują dziesięć podstawowych faktów z historii mody, a już ogłaszają się znawcami tematu. Radzka jako jedna z nielicznych wzbudza moje zaufanie. Gdy mówi, że coś wie, ja wiem, że ona faktycznie to wie, a nie na szybko przeczytała chwilkę wcześniej artykuł na Wikipedii, żeby powtórzyć trzy francuskie słowa, robiąc przy okazji błędy w wymowie. Znajomość mody zawdzięcza latom doświadczeń w zawodzie i pielęgnowaniu pasji na długo przed założeniem kanału. Łączy te dwa światy - praktyczny (trendy, sieciówki) i teoretyczny - przekazując kawał wiedzy tysiącom Polek. Takiego twórcę chciałam wesprzeć swoją obecnością.

Wstęp na wydarzenie był bezpłatny, ale trzeba się było kilka dni wcześniej ustawić po wejściówkę. Niestety, pochłonięta pracą i wycieńczona do granic możliwości (już nawet żyrafy mnie nie cieszyły), na śmierć zapomniałam, żeby wstać wcześniej i podskoczyć do kina. Biletów było 100 i rozeszły się w dwie godziny. Taka jest właśnie moc internetów. Za Kochanowskim przeszłam wszystkie etapy żałoby, już prawie się pogodziłam z faktem, że mnie tam nie będzie. No i olśniło mnie. Może wystosuję do Radzki jakiegoś maila ociekającego pogróżkami i szantażykami różnej maści? Napisałam wieczorem, a rano dostałam odpowiedź, że Radzka nie tylko załatwi mi wejściówkę, ale ze strachu odda mi też swój kanał i Rudzielca. Dlatego to mój ostatni wpis na blogu. Trzymajcie się ciepło i do zobaczenia w moim kolejnym pierwszym filmie!

Dooobra, żartowałam. Ale wejściówkę mi załatwiła! (merci :*)

W trakcie seansu towarzyszył mi mój nowy nabytek, czyli zeszycik do zadań specjalnych (dzielnie walczyłam notując w ciemnościach i próbując zapisać prosto chociaż jedną linijkę tekstu; po zapaleniu świateł okazało się, że przegrałam sromotnie). Także otwieram mój kajecik pełny falowanych szyfrów, żeby jak najdokładniej przekazać Wam wrażenia po filmie!


Fabuła odrobinę przypominała "The September Issue" - znów amerykańki Vogue i Anna Wintour w akcji, tyle że przy organizacji gali MET (wypadającej w pierwszy poniedziałek maja), a nie składaniu magazynu. Drugą, równorzędną gwiazdą filmu był kurator Andrew Bolton, który od dekady pracuje w Metropolitan Museum of Art i jest odpowiedzialny za największe wystawy ostatnich lat. Ponieważ dokument powstawał w ubiegłym roku, kamera zabrała nas za kulisy "China: Through the Looking Glass" z 2015.

W swoim życiu miałam okazję obejrzeć jedną wystawę MET („Alexander McQueen: Savage Beauty”). Była to ta wyjątkowa okazja, gdy wystawa przyleciała z Nowego Jorku do Londynu – miasta, w którym żył i tworzył Alexander. Muszę powiedzieć, że moje gałki nigdy nie obcowały z większym muzealnym efekciarstwem. Odsyłam do podlinkowanego wpisu – najdłuższego w historii bloga. To była fantastyczna mieszanka rzemiosła, transcendencji i popkultury. Dosłownie można było wejść i co metr padać na kolana. W tych zachwytach chodzi mi o to, że kumam wydarzenia takiego kalibru i że w „The First Monday in May” całkiem nieźle oddano tę niesamowitą aurę, jaka się podczas nich tworzy.


A właśnie, ktoś ją musi stworzyć. I tym procesem dowodził Andrew Bolton. Tak umęczony na kilka dni przed otwarciem, że chciałoby się go przytulić i dać czekoladowego Karla Lagerfelda do schrupania. Cała ta logistyka wydaje mi się fascynująca, ale trudno jest do takich danych dotrzeć. I tu z pomocą przychodzą choćby filmy dokumentalne. Podejrzewam, że nikt z nas tutaj zgromadzonych nie potrafi sobie nawet wyobrazić, jak trudnym przedsięwzięciem jest zorganizowanie podobnej wystawy. Film zaczął się 8 miesięcy przed wielkim otwarciem. Praca dla MET ma ten plus, że nie trzeba się aż tak bardzo gimnastykować, żeby zdobyć poszczególne ubrania. Zazwyczaj leżą sobie one po prostu w muzealnym archiwum, największym na świecie. Ale jak to wszystko ze sobą połączyć? Jak dokonać selekcji, żeby nie przeładować całości zbyt dużą liczbą eksponatów i nie przysłonić zawartości intelektualnej? To jest właśnie rola kuratora. W życiu nie widziałam tak gigantycznego storyboardu z inspiracjami. Ktoś na ekranie słusznie zażartował, że przypomina Wielki Mur Chiński.

Ideą „China: Through the Looking Glass” nie było przybliżenie kultury chińskiej jako takiej, ale skupienie się na obrazie Wschodu, jaki ma w głowie Zachód. Obrazie zbudowanym przede wszystkim na podstawie filmów. Zahaczała więc o wciąż żywe kwestie stereotypizacji, kolonializmu i orientalizmu. I to budziło największe obawy Chińczyków, zresztą uzasadnione, bo MET wymagało od widzów bardzo wiele, a jak wiemy, niewielu się chce. Dochodziło więc do ciągłych starć na linii Bolton-Chiny, a rozmowy na temat funkcjonowania stereotypów w kulturze i sensu ich dalszego popularyzowania zdawały się nie mieć końca.


Anna natomiast zajęła się tym, co od lat robi najlepiej, czyli żenieniem luksusowej mody ze światem celebrytów. Według niej ten związek wydobywa z obu stron to, co najlepsze i wzmacnia je. Według mnie nie. Sceny negocjowania stawki Rihanny za przyjście na imprezę i krótki koncert, a potem już sam występ na gali, były po prostu komiczne. Przy całym wątku dotyczącym szacunku dla kultury Chin, wijąca się i rapująca "Bitch Better Have My Money" w stroju nawiązującym do kultury Wschodu Rihanna to było coś... osobliwego :D Wracając, współczuję dziewczynom odpowiedzialnym za usadzanie gości. Mapka stolików i nazwisk wyglądała tak, jakby Stany szykowały się na podbój Rosji.

Dokument był ciekawy, ale nie genialny. Momentami za dużo w nim było podporządkowywanie faktów pod oś filmu, uproszczeń i przesady. Na przykład, że "Savage Beauty", cytuję: stworzyła nową definicję tworzenia wystaw i dzięki niej krytycy w końcu uznali modę za sztukę. Po raz n-ty analizowano osobę Anny Wintour, jaka to ona zimna i kultowa. Ok, ale to już było we wcześniejszych filmach, a im więcej ochów i achów na jej temat czytam, tym bardziej mnie nudzą. Chociaż w kontekście surowości i wyniosłości Anny padło fajne zdanie: Anna gra osobę, którą wszyscy myślą, że jest. Nie obyło się oczywiście bez dramy w postaci opóźnień, które spowodowały, że ekipa miała ledwie 2 dni na zainstalowanie kostiumów i pracowała do ostatnich minut przed rozpoczęciem gali i przyjazdem gwiazd. Spoiler: uwinęli się ze wszystkim na czas.

Największym wygranym filmu jest Andrew Bolton. Młody chłopak z Anglii, którego młodość przypadła akurat na Nowy Romantyzm i genender blending. Student sztuki i antropopologii, mający na własne oczy widzieć konfrontację mody, seksualności, tożsamości. To on w pewnym sensie został bohaterem tego dokumentu. Muzea zaczynają przeżywać mały renesans i dobrze. Wszyscy znamy i kocham legendy o byciu redaktorem naczelnym Vogue'a - czas wylansować kuratorów!


To co? Kilka cyferek na koniec. Wystawa „China: Through the Looking Glass” była otwarta od maja do września 2015 roku. 150 kostiumów w otoczeniu zabytkowych eksponatów chińskich zobaczyło ponad 800 tys. zwiedzających (więcej niż „Savage Beauty”). Czyli sukces!


*   *   *

Dzięki Radziu. Że Ci się chciało. Że wcieliłaś się w rolę biletera i witałaś każdego gościa zamieniając z nim kilka słów. Że rozdawałaś różowe lizaki (łatwo mnie kupić różem) i jeszcze więcej prezentów po seansie. Że nie uciekłaś do Warszawy i nadal działasz lokalnie. Twoja misja edukacyjna zatacza coraz szersze kręgi. Go girl!  


Takie tam:
  • Solenizantka o imprezie, czyli wideo relacja z urodzin na kanale Radzki.
  • Już ostatnio wspominałam przykazanie pic or didn't happen. No to proszę: Radzka i ja w jednym kadrze. Nie jest to moja mina roku, ale co tam! Aha, jakby co to mam zęby, wszystkie. Bo na zdjęciu wyglądam, jakby sztuczną szczękę zostawiła w domu :D


"The First Monday in May" (2016)
reż. Andrew Rossi 
kadry z filmu: Tribeca Film Festival

3 komentarze:

  1. Jeśli chodzi o Anne Wintour to warto przeczytać Zawsze w pierwszym rzędzie. Anna Wintour - królowa Vogue'a Jerry Oppenheimer. Anna nie uznaje tej książki, a jej mit o tym jak się niby zna na modzie ulega zniszczeniu. Różnych ciekawych rzeczy można się dowiedzieć.
    Świętna recenzja :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Prawdę mówisz, ta fala krytyki względem internetowego świata jest bezpodstawna, bo wchodzi w część realnego życia, po za tym dziś ludzie nie mieszkają na jednym osiedlu tylko rozjeżdżają się po świecie, a dzięki internetowi relacje nadal trwają :))

    Radzkę miałam okazję spotkać dwa razy, bardzo pozytywna osoba, tak samo wesoła jak na swoich filmach. Niestety nie miałam możliwości wpaść na urodziny mimo, że jestem z Wrocławia, ale widziałam relacje na snapie i YT ;)

    OdpowiedzUsuń

3 komentarzy