2 kwi 2016

Zawroty głowy kończą się wymiotami

http://www.anothermag.com/art-photography/3634/the-sick-rose-the-grotesque-beauty-of-early-modern-medicine
via
Dziś tylko tekst. I prywata. I trochę focha.

Ostatnio mój związek z modą rozluźnił się. I dlatego od jakiegoś już czasu nie ma wpisów "w starym stylu". O wiele bardziej wolę poświęcić czas dobrą książkę lub film. Czemu tak się stało? Bo moda oraz blogosfera na niej się skupiająca bardzo mnie rozczarowały. Mam coraz mniejszą ochotę na śledzenie wszystkich ważnych pokazów, bo przytłacza mnie ich ilość. W trakcie trwania tygodni mody można dostać oczopląsu od tysięcy obrazków wylewających się z każdej strony. Koniec końców, coraz trudniej jest mi wyłowić coś naprawdę inspirującego i zapadającego w pamięć. Nie czuję już tej magii.

Powiem wprost, rzygać mi się chce, gdy patrzę na to, co się wyrabia w high fashion. Ten potworny mariaż z celebrytami najgorszego sortu zaczął mnie już przerastać. Wielkie autorytety upadają, jeden po drugim i mam wrażenie, że reszta tylko klaszcze. Jest tego tyle, że nawet nie wiem od czego zacząć. Upraszczanie wszystkiego pod dyktat social media. Produkowanie sezonowych topmodelek z Insta promowanych tak nachalnie, jak to tylko możliwe. Zachwycanie się rosyjskimi milionerkami - żonami byłych funkcjonariuszy KGB - i robienie z nich międzynarodowych ikon. Luksusowe magazyny, które wyglądają jak Pudelek. Wchodzę na stronę Vogue. Pierwszy news: "Emily Ratajkowski and Kim Kardashian West Will Not Be Shamed for Their Nude Selfies". W artykule zacytowano samą Kim: When we’re like . . . we both have nothing to wear LOL. Bierzcie i jedzcie z tego wszyscy. (R.I.P biblio mody. A taki ładny tekst o tobie napisałam)   

Obecnie kluczową postacią obok instagramowych modelek jest dyrektor kreatywny. Ale nie jako rzemieślnik, tylko GWIAZDA. Nie tylko pełni rolę głównego projektanta i pomysłodawcy koncepcji na kolejne kolekcje. Jest przede wszystkim twarzą domu mody. Ma obowiązek być stale obecnym w mediach, udzielać wywiadów, pokazywać się w towarzystwie innych sław - najlepiej tych budzących kontrowersje, robić sobie selfie. Olivier Rousteing i jego stajnia (1, 2, 3) coś o tym wiedzą. I gdzie tu czas na skupienie w zaciszu pracowni?

Mordercze tempo pracy dyktuje szalony kalendarz. W ciągu roku odbywają się po dwa pokazy ready-to-wear i haute couture oraz pre-fall/cruise/resort między sezonami. Do tego kampanie reklamowe, lookbooki, filmy. No i to całe gwiazdowanie. W tekście poświęconym GENIALNEMU dokumentowi "Dior and I" wspominałam, że Raf Simons miał 8 tygodni na stworzenie swojej pierwszej kolekcji couture po objęciu stanowiska dyrektora kreatywnego Diora. Brzmi absurdalnie, ale to nie koniec, bo akcja dokumentu rozgrywała się przecież w 2012 roku. Odchodząc trzy lata później, na swój pożegnalny pokaz mógł poświęcić 3 tygodnie. Tak. T-r-z-y. 21 dni na stworzenie kilkudziesięciu dzieł sztuki. Nawet najwyższe krawiectwo zaczyna się zamieniać w taśmociąg wypluwający więcej, więcej, WIĘCEJ.

Najbardziej wiarygodnym głosem w tej sprawie będzie oczywiście głos samego twórcy. Na stronie Business of Fashion opublikowano zapis rozmów Cathy Horyn z Rafem Simonsem. Jak tworzy się pod ogromną presją i w niekończącym się niedoczasie? 

I have no problem with the continuous creative process. Because it’s the reason I’m in this world. It’s always happening. I just did a show yesterday. Just now, while waiting in the car, I sent four or five ideas to myself by text message, so I don’t forget them. They are always coming.

The problem is when you have only one design team and six collections, there is no more thinking time. And I don’t want to do collections where I’m not thinking. In this system, Pieter [Mulier, Simons’ right hand] and I can’t sit together and brainstorm — no time. I have a schedule every day that begins at 10 in the morning and runs through the day, and every, every minute is filled. From 10.10am to 10.30am, it’s shoes, let’s say. From 10.30 to 11.15, it’s jewellery. Everything is timed — the whole week. If there’s a delay in a meeting, the whole day is fucked up.

Okazuje się jednak, że to wciąż za mało i za wolno. Już w tym roku będziemy świadkami rewolucji w organizacji pokazów i sprzedaży ubrań z najnowszych kolekcji: Nowy schemat jest zdecydowanie bardziej otwarty na klientów - pokazy już nie są dla prasy i kupców, ale dla klientów i celebrytów - mają być przede wszystkim wydarzeniami konsumenckimi, ubrania prezentowane na wybiegu trafiają do sprzedaży tuż po pokazie, a kolekcje będą pokazywane w konkretnym sezonie (luty/marzec - kolekcje wiosenno-letnie, wrzesień/październik - kolekcje jesienno-zimowe), a nie z wyprzedzeniem - wyjaśnia Tobiasz z Freestyle Voguing. Ciekawe czy ten system zdominuje branżę...

Pół roku temu Suzy Menkes napisała głośny artykuł o upadku mody. W paru krótkich zdania zawarła niepokój i dezaprobatę, jaką wyraża coraz więcej osób. Ze mną włącznie. Parę fragmentów:

Like that bird in a gilded cage, creative people at the major fashion houses have everything: a circle of assistants, drivers, first class travel, access to elegant homes and celebrity clients. Everything, but time.

 People talk of "fast fashion" as though it is applied only to H&M or Uniqlo. In fact it is equally present in stores from New York's Bergdorf Goodman to Paris' Bon Marché.

To samo przekazał Alber Elbaz w trakcie wygłaszania przemowy na gali the Fashion Group International’s Night of Stars. Odsyłam Was do całości, to trzeba koniecznie przeczytać. 

Być może tego typu przejrzenie na oczy i zwątpienie to kolejny etap w naszym związku (moim i mody, rzecz jasna), ale na ten moment odcinam się. I wcale nie mam ochoty wracać. Może po prostu zmieniły się moje zainteresowania? Może zobaczyłam "prawdziwe oblicze" czegoś, czego wcześniej po prostu nie rozumiałam? Zresztą co ja, zwyczajny szarak, mogę wiedzieć. Siedząc przy biurku Liatorp na krześle Bernhard nie mam prawa narzekać na to, że za pięknymi obrazkami kryje się chciwość i pustka. Wiem tylko, że nie mam ochoty marnować czasu na zachwycanie się gotowymi produktami stworzonymi przez armie PRowców, żeby je sprzedać. I to dotyczy zarówno ubrań, jak i ludzi. Jestem głodna treści, które wymagają skupienia, połączenia kilku puzzli w większą układankę, wyrażają jakąś opinię. A nie rzucają w kosmos neutralne "hot or not". Czuję przesyt. Bylejakość jest siostrą pośpiechu, a od dłuższego czasu wszyscy już mamy zadyszkę i zawroty głowy. Dlatego śledzę tylko kilku ulubionych twórców, nie robię zakupów w galeriach handlowych, uciekam od wszelkich poradników. Może brzmię jak jakaś nudziara, ale całkiem mi dobrze z tym nudziarstwem :) 

3 komentarze:

  1. O ja, powiem tylko tyle - w pełni się zgadzam! A co do nierobienia zakupów w galeriach handlowych, to wiem, że najwyższy czas wprowadzić tę zasadę w życie (i tu pytanie: jakieś godne polecenia sh w Krakowie?). Post świetny, jak zawsze

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W Krakowie zawsze lubiłam Robany, bo tam mieli ubrania na wagę (bez wyceny). Teraz to się zmienia, a poza tym Robanów ubywa. Fajny jest ciągle przy Bagateli. Często wpadałam też do tego przy przystanku Miodowa, ale nie wiem czy jeszcze istnieje. Chodzę jeszcze na drugi koniec Karmelickiej. Na Placu Inwalidów blisko lokalu Bococa jest taki jeden mały schowany, trzeba zejść po schodkach :)

      Usuń

3 komentarzy