20 mar 2016

Poniedziałkowe dzieci





Za każdym razem, gdy sięgałam po tę książkę, było mi dziwnie. Jednocześnie lekko i ciężko. Choć byłam zafascynowana, jej przeczytanie zajęło mi kilka ładnych miesięcy. To była magiczna, ale jednocześnie emocjonalna (emocjonalnie wyczerpująca) lektura. Z jednej strony nie potrafiłam zwalczyć tej nieprzyjemnej guli w gardle za każdym razem, gdy przenosiłam się do Nowego Jorku. Z drugiej, nie chciałam, żeby ta lektura kiedykolwiek się skończyła. Wiedziałam, że to będzie dobra książka, więc miałam ogromne oczekiwania. I wszystkie, co do jednego, zostały spełnione z nawiązką. Przepłakałam ciurkiem ostatnie 20 stron. Raz na jakiś czas trafia się na coś zmieniającego życie. "Poniedziałkowe dzieci" Patti Smith takie właśnie były.

Nigdy nie byłam fanką Patti. Pewnie, że znałam kawałeczek jej twórczości. Bardzo chciałam też pojechać w ubiegłe wakacje na jej koncert do Katowic, bo czułam, że to będzie ważne wydarzenie. I było. Tyle że mnie tam nie było. Ale trudno.

Od dzisiaj nazywam Patti moją idolką, chociaż odkrywanie jej twórczości zajmie mi jeszcze sporo czasu. Na razie odnoszę wrażenie, że jej muzyka i teksty są dla mnie w większości niezrozumiałe, być może zwyczajnie za trudne. Poezja nigdy nie była moją mocną stroną (aczkolwiek pierwszy raz w życiu kiełkuje we mnie chęć zmiany tego stanu rzeczy). Za to dojrzałość, imponująca zaradność, twarde stąpanie po ziemi i jednoczesne funkcjonowanie w kręgu artystycznym oraz bagaż doświadczeń Patti bardzo mnie zainspirowały. Obcowanie z jej przemyśleniami przez całe 270 stron było zaszczytem, a także remedium na to, co dzieje się teraz dookoła i czego nie do końca pojmuję. Na cały ten internetowo-modowo-celebrycki blichtr, który pożarł media i został przez nie pożarty. Jestem ogromnie wdzięczna za dystans, jakiego nabrałam. Do świata, do siebie. To osobliwa książka - tak naturalna, wyważona i nienachalna, a jednocześnie opowiadająca o niesamowicie efektownej historii. (Tylko czekać aż Hollywood weźmie się za ekranizację!) Napisana językiem prostym i oszczędnym, ale też pięknie poetyzującym. Nic dziwnego, że jest dopieszczona w każdym calu - jej napisanie zajęło autorce 20 lat!

Ludzie, których Patti poznała i miejsca, które widziała można by odhaczać punkt po punkcie z listy najbardziej kultowych rzeczy lat 60. i 70. Nic tylko siedzieć z zakreślaczem w ręce i zaznaczać co ważniejsze fragmenty (co zresztą robiłam). Ale to nie ma żadnego znaczenia, schodzi na drugi plan. Ot, przy stoliku pod ścianą siedział Jimi Hendrix z jakąś blondynką. Nie ma tu niepotrzebnego podkoloryzowania faktów czy dopisywania głębszych ideologii po latach. Jest za to pieczołowicie budowany strona po stronie klimat Nowego Jorku - kolebki kreatywności w bardzo burzliwym okresie. Kolejni członkowie bohemy i ich losy na przestrzeni lat są opisane z zupełnie innej perspektywy, niż można się spodziewać. Janis Joplin żaląca się, że nie udało jej się poderwać przystojniaka w barze. Albo coś takiego:
Stałam z wypchanym czarnym krukiem w ręku, którego kupiłam za grosze w Muzeum Indian. Chyba chcieli się go pozbyć. Postanowiłam, że nazwę go Raymond, na cześć Raymonda Russela, autora Locus solus. Gdy otwarły się ciężkie szklane drzwi, jakby targnął nimi wiatr, i weszła znana postać w czarno-szkarłatnej pelerynie, pomyślałam, że lobby zmieniło się w magiczny portal. Salvador Dali. Rozejrzał się nerwowo, a potem, dostrzegając mojego kruka, błysnął uśmiechem. Położył mi na głowie elegancką kościstą dłoń i powiedział:
- Ty też jesteś jak kruk, gotycki kruk.
- No cóż - zwróciłam się do Raymonda. - Dzień jak co dzień w Chelsea.
Patti Smith i Robert Mapplethorpe, 1969

No i jeszcze Robert. Robert Mapplethorpe, postać, której nie sposób ominąć wspominając o tej książce. Kochanek, dożywotni przyjaciel, bratnia dusza Patti. To chyba mój ulubiony duet w całym wszechświecie. Więcej już nic nie powiem, bo po co, skoro o ich miłości napisano już całą (patrz. tę) książkę.

Patti pomogła mi uświadomić sobie i jasno wypowiedzieć myśl, którą nosiłam w sobie już od dawna, ale za głęboko, żeby po nią sięgnąć. Trochę się pogubiłam w blogach, fejsbukach, instagramach i snapchatach, po części dlatego, że porwałam się na to wszystko będąc smarkiem. Zaplanowałam sobie, jaka chce być i postanowiłam trwać w tej kreacji. Na początku bawiłam się chyba całkiem nieźle, ale w sumie doprowadziło to tylko do tego, że stałam się na kilka lat niewolnikiem jakiejś idei, która kompletnie nie odpowiadała zmianom we mnie zachodzącym. Na pewno nie jestem odosobnionym przypadkiem, bo dziś kreuje się właściwie wszystko. I o ile nie widzę nic złego wybiórczym przedstawianiu siebie, o tyle na własnym przykładzie mogę stwierdzić, że powoływanie do życia jakiejś obcej persony potrafi być zgubne. Nie byłam aktorką; nie stawiałam granicy między sztuką a życiem. Na scenie i poza nią byłam tą samą osobą napisała Patti.

Podsumowując, to historia rocka, romans i autoterapia w jednym. Całkiem nieźle, jak na taką niewielką książkę. Może to moja obecna sytuacja życiowa sprawiła, że tyle wyciągnęłam z "Poniedziałkowych dzieci". A może ta książka jest po prostu genialna i jedyna w swoim rodzaju. Myślę, że jedno i drugie. Wiem na pewno, że sięgnę po nią jeszcze nie raz i podejrzewam, że za każdym razem będę z niej wynosić jeszcze więcej.

Koniec i bomba, a kto jej nie przeczyta ten trąba.
Dzięki, Patti.

P.S. Świetny wywiad 1 i 2.

1 komentarz:

  1. Wspaniała recenzja książki. Bardzo przyjemni mi się czytało.

    OdpowiedzUsuń

1 komentarzy