5 maj 2017

Siostrzeństwo




Ostatnio mam szczęście do filmów i pomyślałam: kurcze, kurcze, muszę to wykrzyczeć całemu światu. Captain Fantastic Matta Rossa tak mnie zachwycił, że obejrzałam go dwa razy, dzień po dniu. Drugi raz z mamą, którą zaciągnęłam prawie siłą, a potem sama się wciągnęłam i przez przypadek wysiedziałam już do końca. Genialny, i fabularnie dość podobny (relacja ojciec-dziecko), był też Paryż, Texas Wima Wendersa - klasyk, do którego zbierałam się długo za długo, ale udało się i zapamiętam go na długo.

ALE

Właściwie to nie o tym dziś chciałam. Jest jeszcze jeden film, który zawierał tyle inspirujących wątków, że zasługuje na osobny wpis. I oto on. Więc do rzeczy: dla 20th Century Women warto rzucić wszystko i spędzić dwie godziny na kanapie. Ja jednak spędziłam cztery, bo po pierwszym razie stwierdziłam, że to o jeden raz za mało. Zaraz się przekonacie dlaczego.




Akcja filmu rozgrywa się w latach 70. Jest więc kontrkultura, ówczesny feminizm z chociażby Sisterhood is Powerful Robin Morgan, bardzo dużo muzyki, w tym kilka miłych nawiązań do Davida Bowie, i nawet przez ułamek sekundy widać na zdjęciu Patti Smith. Brzmi jakby ktoś połączył 10 ostatnich wpisów na tym blogu? Trochę tak. Jest taka szansa, że odpowiedzialny za reżyserię i scenariusz Mike Mills jest po prostu moim męskim alter ego.

ALE

To wszystko, o czym napisałam wraz z cudownie estetycznymi zdjęciami, scenografią i kalifornijskimi plenerami... To są tylko dodatki do historii kobiet XX wieku (od razu nasuwa się pytanie, jak zostaną sportretowane kobiety XXI wieku). Próbującej nadążyć za swoim nastoletnim synem Dorothei, zaprzyjaźnionej z chłopakiem Julie oraz fotografki Abbie. Uwielbiam wielowymiarowość bohaterek i jednocześnie jest mi strasznie przykro, że ich "kobiece problemy" ciągle są tak aktualne.




Wszystkie trzy próbują żyć po swojemu, reprezentują inne wizje kobiecości, są silne i słabe w inny sposób, mają inne doświadczenia życiowe. A jednak w jakiś sposób troszczą się o siebie i znajdują wspólny język... albo przynajmniej próbują. Trudno tu mówić o jakimś bardzo wprost przekazie albo puencie, co w moich oczach jest komplementem. Ten film jest jak dobra powieść albo wiersz, który zostawia dla odbiorcy pole do zagospodarowania przez własną wyobraźnię i perspektywę.

No dobra, zostawiam was już z kadrami! Bardzo się starałam, żeby wybrać fragmenty, które oddzadzą klimat, nie spojlerując jednocześnie za wiele. Chyba się udało, więc wchłońcie jak najwięcej barwy, brzmienia i ducha '79, a potem... kontynuujcie ten proces oglądając cały film ☮ ♀



We always believed that we were part of a great movement of humanity itself...









- Can’t things... just be pretty? 
- Pretty music is used to hide how unfair and corrupt society is. 
- Ah.





She grew up in Santa Barbara where everyone is happy, but that just made her feel crazy.


She saw „The Man Who Fell to Earth” and dyed her hair red.


I was so cocky, and I was so angry, and I was so happy.





These were a bunch of songs that I think my life would have been better if they had been around when I was a teenager. So I'm hoping that if you listen to them now, you will be a happier and more realized person than I could ever hope to be.





- Were you ever in love? 
- Sure. Or, um… Maybe I was just… I felt I was supposed to be in love.










- What’s it like... for girls?
- What? Sex?
- Orgasms.
- Do you really want to know what it's like?
- Yeah.
- I don't have them. None of my friends do.





It's 1979.
They don't know this is the end of punk. They don't know that Reagan's coming.
It's impossible to imagine that kids will stop dreaming about nuclear war.
It's impossible to imagine HIV.
The internet.





There's a hard part and then it gets better. And then it gets hard again, but never mind. 
I shouldn't have told you that part.







20th Century Women (2016)
Mike Mills

14 mar 2017

Lunatyczka


W ubiegłym roku przypadkowo odkryłam malarkę, która dziś jest jedną z moich ulubionych artystek.  

Ewa Kuryluk była fenomenem. Wyjechała do Londynu i tam dokonała rzeczy godnej geniusza. W niecałe dwa lata (1977-8) stworzyła cykl kilkudziesięciu obrazów, wypracowując styl tak charakterystyczny, jak Fangor, Beksiński czy Jarema. Niestety, twórczy szał zebrał swoje żniwo. Eksplozja weny zwaliła artystkę z nóg. Pod koniec 1978 roku zamknęła swoją pracownię, by już nigdy do niej nie powrócić.

Szał twórczy podsycały majaki na jawie i narkotyczne sny. Na przedostatnim autoportrecie obrysowuję swój cień. Ostatni obraz londyński jest całkiem czarny. Pewnej nocy śniło mi się, że idę wzdłuż białego muru gdzieś na południu. To, na co patrzyłam, osiadało w źrenicy i rzucało z niej cień-rysunek, ciągnący się kilometrami.

Malowała zgodnie z duchem epoki. A że jej epoka przypadła akurat na lata 70., nawiązywała do hiperrealizmu, grafiki plakatowej, reklamy, pop-artu. Tworzyła „realistyczne ekrany” i „winiety”, ale paradoksalnie był to realizm specyficzny, symboliczny i surrealny.

Eksperymentalna forma była jednocześnie nośnikiem tematów obecnych w sztuce od dawien dawna. Na pierwszy rzut oka niewiele tu można znaleźć cech, powiedzmy, renesansowych. Ale dokładnie 105 lat wcześniej John Everett Millais, współzałożyciel Prerafaelitów, manifestujących powrót do twórczości trzynastowiecznych Włochów, namalował obraz o tym samym tytule. Zarówno Millais, jak i Kuryluk tworzyli w stolicy Anglii, a ich obrazy dotykały mistycyzmu, symbolizmu, sensualizmu, alegoryczności oraz fascynacji kobiecością. Artyści nie stronili też od autobiograficznych cytatów, co w przypadku młodszej stażem Lunatyczki jest zrobione najdosłowniej, jak to tylko możliwe - poprzez autoportret.

Po przebudzeniu odnajdywałam na ciele zagadkowe sińce. Okazało się, że nocą wędruję we śnie po domu i wychodzę na balkon, na którym w dzień fotografowałam swoje obrazy. Raz pękła przerdzewiała balustrada, a ja […] wylądowałam na trawniku przed domem. Na pamiątkę namalowałam Lunatyczkę.

Zamykam oczy tak, jak Ewa i przez moment, króciutką chwilę zdaje mi się, że pęd powietrza wkrada się w kosmyki włosów. Ten obraz nie jest tylko przede mną, on mnie ogarnia, słyszę jej prawie dotykalny oddech, słyszę nasz prawie dotykalny oddech. Gdzieś daleko w tyle zostawiam duszny świat, który teraz wygląda jak zbiór przypadkowo zestawionych punkcików. Widzę go i doskonale rozumiem, co ją podkusiło do lotu, co nas podkusiło do lotu. Śnimy na jawie, a we śnie jawi się nam wielki posąg. Kruszy się i rozpada pod wpływem delikatnego uderzenia, a po pyle niesionym przez wiatr nie pozostaje ślad. Unoszę się, lecę przez kilka sekund, dla których warto boleśnie upaść.




na podstawie obrazu Lunatyczka Ewy Kuryluk, 1977
cytaty z autobiografii Ewy Kuryluk


8 mar 2017

te strajki to przecież bez sensu

z cyklu: g i r l  p o w e r


Dzisiaj znowu idę na marsz.

I wiecie co? Głęboko wierzę, że przejdziemy do historii. Być może ktoś właśnie opluł ze śmiechu monitor, ale średnio mnie to obchodzi. Obchodzi mnie za to los kobiet (i panów oczywiście również, ale o tym kiedy indziej). Każdego dnia staram się sobie przypominać, że każda z nas jest inna, bo tacy są ludzie. A tak się składa, że kobiety to ludzie, co czasem również warto niektórym przypominać.

Nie ma jednego feminizmu. Tyle jest problemów kobiet, ile samych kobiet. Moje doświadczenia nie są doświadczeniami wszystkich i z pokorą przyjmuję do wiadomości, że możemy się ze sobą nie zgadzać. Ale wszystkich nas - feministki i feministów - łączy walka o to, żeby kobieta miała prawo do decydowania o sobie i nigdy nie czuła się gorsza od mężczyzny. I mam zamiar zrobić wszystko, żeby stworzyć taki świat dla przyszłych pokoleń.

Niedopuszczalne są dla mnie sytuacje, w których problemy kobiet są lekceważone, zarówno przez osoby publiczne, jak i prywatne, gdy obowiązujące prawo jest łamane klauzulą sumienia, gdy minister komentuje Czarny Poniedziałek słowami "niech się bawią", gdy pokrzywdzonej śmieje się w twarz, mówiąc trzeba się było nie puszczać na lewo i prawo lub dopytując czy aby strój nie był zbyt wyzywający?

Ostatnio wszędzie pełno zakazów. Mam wrażenie, że również w głowach coraz większej liczby osób. Wszędzie nie i nie. Nie dla feministek, nie dla lgbtq, nie dla gender, nie dla uchodźców, nie dla UE, nie dla Wschodu, nie dla Zachodu, nie dla kuźwa kogokolwiek, kto nie spełnia wyśrubowanych zasad Prawdziwego Polaka. A wszystko to napędza strach, przez który desperacko pragnie się jednomyślności, próbuje się zmieniać bieg historii, wytwarza się sztuczne legendy i bohaterów narodowych.

Świat nie jest taki łatwy i oczywisty, żeby naprawić go serią zakazów. One potrafią tylko zaprowadzić porządek na papierze, czyli - krótko mówiąc - zamieść problem pod dywan. Podstawami do wprowadzenia realnych zmian i sprawiania, że coraz więcej osób żyje komfortowo są szacunek, empatia, solidarność oraz k o m u n i k a c j a. A komunikacja nie zaistnieje w sytuacji, gdy jedna strona przekrzykuje drugą i nie słucha kontrargumentów. Mnie też często ponoszą nerwy, ale potem wracam do tych momentów i je przepracowuję, żeby następnym razem poszło mi lepiej.

Konserwatyzacja poglądów jest cholernie niebezpieczna. Dziś społeczeństwo wyklucza za aborcję albo żądanie tabletek 72h bez recepty. Być może jutro twoje problemy znajdą się na czarnej liście... o ile to się jeszcze nie stało. 


*         *         *

Chociaż, kto wie? Może to jednak ja i wszyscy biorący czynny udział w manifach jesteśmy wariatami? Może w końcu zrobią ze mnie Prawdziwą Polkę. Smaller, weaker, less intelligent. Będę siedzieć, czekać i narzekać - dużo i na wszystko. Codziennie, żeby nie wyjść z wprawy. Że za mało pieniędzy, że młodzież już nie taka, że bestwialstwo, że puszczalstwo, że zepsucie całościowe, po korzenie i ogólnie to wszyscy jesteśmy skazani na apokalipsę. Stanę się zgorzkniała, będę śmiać się z walk o ideę i zamykać wspomnienia z protestów w szufladce z innymi błędami młodości. Te strajki to przecież bez sensu.


*         *         *


EDIT. Po raz kolejny mogę tylko powiedzieć wow. Znów było nas tak dużo!