18.07.2016

Nico

Dziś rano siedząc przy biurku przesłuchałam trzy solowe albumy Nico. Kilka godzin później przeczytałam, że właśnie tego dnia 28 lat temu zmarła w wypadku motocyklowym. Zrobiło mi się okropnie przykro, chociaż wiedziałam (czy raczej podejrzewałam, bo chyba nigdy tego nie sprawdziłam), że nie żyje. Zawsze mnie dziwił ten mechanizm przeżywania śmierci obcych osób, któremu tak łatwo ulegam.  

Nico by Steve Schapiro, Times Square, 1966
Nie wiem, czy Nico kiedyś pojawiła się na blogu. Nie wyobrażam sobie, żeby zabrakło tu dla niej miejsca, bo to jedna z moich ulubionych postaci lat 60. Kiedyś myliła mi się z muzą YSL i modelką Betty Catroux (to głownie przez te dwa zdjęcia), zresztą obie były bardzo inspirującymi kobietami.

Nico by Guy Webster, 1967 i zdjęcia próbne zrobione przez Warhola, 1965

Mam wrażenie, że przy wspominaniu lat 50., 60. i 70. Nico stoi gdzieś na uboczu. Nie doczekała się statusu ikony, o której każdy słyszał, zupełnie niesłusznie. Nico urodziła się w Niemczech jako Christa Päffgen. Mając zaledwie 13 lat zaczęła pracę modelki i podróżowała po całym świecie. Jej kariera nabrała rozpędu w Nowym Jorku, gdzie brała lekcje aktorstwa. Tam również poznała Warhola, który wciągnął ją do The Factory i włączył do zespołu The Velvet Underground.

Nico i Marcello Mastroianni w "La Dolce Vita" Felliniego, 1960
Nico, John Cale, Gerard Malanga and Andy Warhol of the band The Velvet Underground
Andy Warhol, Nico and The Velvet Underground,by Steve Shapiro, 1965
Nico and Andy Warhol as Batman and Robin for Esquire Magazine, 1967

Najwięcej osób kojarzy Nico właśnie z tej płyty, która narodziła się z inicjatywy Andy'ego:



Ale oprócz tego nagrała 7 płyt solowych. Jej pierwsza z 1967 roku jest moją ulubioną:



Oczywiście jej życie było pełne wzlotów i upadków, z czego tych drugich było o wiele więcej, ale inaczej się chyba nie da, jeśli jest się częścią najpopularniejszej bohemy świata i zna się dosłownie wszystkich (na przykład Jima Morrisona). Nico zmarła mając 49 lat. Bezpośrednią przyczyną śmierci był wypadek motocyklowy, ale jeszcze przed nim jej stan zdrowia był fatalny, ponieważ niemal całe życie była uzależniona m.in. od heroiny.

Nie potrafię wytłumaczyć dlaczego, ale jej osoba działa na mnie jak magnes. To chyba magia osobowości i charyzmy, bo mogę z zafascynowaniem patrzeć nawet jak Nico obcina sobie grzywkę. Zdjęcia, które uwieczniły jej szaloną młodość i w większości smutne życie są dla mnie niekończącym się źródłem inspiracji. Lubię ich autentyczność, brak przyklejonych uśmiechów, a niektóre kadry (na przykład ten poniżej) tak bardzo mi się podobają, że kiedyś będę je na pewno próbowała odtworzyć. Tym bardziej cieszę się, że w tym tygodniu listonosz przyniósł mi wymarzonego analoga.

Nico by Guy Webster, 1967
Nico and Gerard Malanga
Nico by Jeanloup Sieff, 1956
Nico by Billy Name, ca. 1966



wszystkie zdjęcia pochodzą ze strony The Red List

17.07.2016

Bajka o sukcesie

z cyklu: a u t o t e r a p i a


Dziesiątki osób osiągają na naszych oczach sukces. Ale nas są tysiące. Szara masa rozsyłająca CV albo nie. Studiująca albo nie. Marząca o pinterestowym mieszkanku z białymi ścianami, skrzypiącą podłogą i balkonem. Albo nie. 

O ile nie chcesz zostać lekarzem, nauczycielem, policjantem czy czymś takim to masz, przepraszam za wyrażenie, przejebane. Bo w tym cyfroświecie bez granic możesz wszystko, czyli z grubsza nic. Każdy jest zaproszony. Nie ma zasad, nie ma szkół. 

Apetyt rośnie, gdy oglądasz cudze życia w kwadratach. I wtedy wcale nie chcesz pamiętać o tym, że to wycinek, kreacja, że przecież tu ewidentne ktoś coś rozjaśnił i podkręcił nasycenie. Ta kombinacja filtrów pachnie sukcesem, lajkami. Chcesz ją powtórzyć. Dokładnie. Tak. Samo.

Chyba w gimnazjum zaczęłam się na poważnie zastanawiać, czego ja właściwie chcę. Ile to już lat... Osiem? Su-kces. Sukcesss. Co powinnam zrobić, żeby go zwabić? Przecież każdy chce osiągnąć sukces. Wtedy byłam święcie przekonana, że do teraz to już sobie wszystko poukładam na tip-top i będzie super. Od tamtego czasu obudziłam i poszłam spać ponad dwa tysiące razy. I dziś jadę pociągiem w fotelu zwróconym tyłem do kierunku jazdy, czego szczerze nienawidzę, patrzę na wyskakujące zza moich pleców lasy i zadaję sobie to pytanie. Dokładnie. To. Samo.

Staram się skupić do wewnątrz dosłownie całą energię, jaką jestem w stanie z siebie wykrzesać. Żeby to wnętrze w końcu przemówiło i mnie oświeciło. Bo ja tu już wkraczam do sektora kobiet starzejących się, z myślą o których troskliwe koncerny opracowują coraz to nowsze formuły przeciwzmarszczkowe. No kto to widział, kupować krem anti-age i dalej nie wiedzieć co i jak z tym spełnieniem w życiu. 
 

Czuję głód, który czasem znika, gdy przerażona zakopuję się pod kołdrą i obiecuję sobie, że to był ostatni raz, gdy się otworzyłam. Ale po chwili znów rośnie. Chcę tego czegoś, tylko nie mam pojęcia czego dokładnie i jak to zdobyć.   

Wszyscy kołczingujący kołcze tego świata rwą włosy czytając takie teksty. Chaos, chaos, chaos. Ogarnij się, weź karton, wypisz cele, zacznij je spełniać JUŻ DZIŚ. Wow, ale super, wow. Ale ja wam nie ufam, piękni uśmiechnięci. Nie wierzę w to, że tak kochacie każdą sekundę swojego życia. Że potraficie wyciągać lekcje z byle gówna, zaczytywać się w poradnikach kupionych w Empiku na dziale lajfstajl i systematycznie przekuwać uzależnienia w dobre nawyki. Nie mieści mi się to w głowie, przepraszam.

Czyli, że u mnie bez zmian. Żadnego planu, pomysłu ani nawet sprecyzowanych marzeń. Piszę to, bo widzę i słyszę, ze wokół mnie jest mnóstwo podobnych zombie. Ruszamy się trochę wolniej, mówimy trochę bez sensu. Trwamy w oczekiwaniu na długo i szczęśliwie


*    *    *

epilog

Ale wiecie co? Czasem budzę się i mam wrażenie, że wczoraj i przedwczoraj to przecież nie byłam ja. Strach i napięcie gdzieś się rozpływają. Uśmiecham się. Ni stąd, ni zowąd maluteńki element tej wielkiej układanki tożsamości nareszcie trafia na swoje miejsce i czuję, że jestem o krok bliżej zdobycia świata. Fakt, te dni zdarzają się rzadko.

Ale jednak się zdarzają.


P.S. Ahh, dziękuję bardzobardzobardzo za odzew po tym wpisie, wzruszyły mnie Wasze wiadomości.

P.S.2 Tak jeszcze w temacie sukcesu i "Sentymentalnej landryny". Ostatnio pierwszy raz w życiu wyszłam z teatru zachwycona! Tak się cieszę, że drzwi do tego świata lekko się dla mnie uchyliły. Byłam na "Śmierci i dziewczynie".


zdjęcia zrobiła Tilda, nimfa znad morza ♥

07.07.2016

21 nieumytych talerzy leży,
czyli o organizacji czasu wolnego i czytaniu

Hej! Drugi dzień z rzędu mam podejrzanie dobry humor, a na dodatek wczoraj wieczorem na niebie pojawiła się ogromna tęcza. No więc pomyślałam, że postukam w klawiaturę o tym co u mnie, co porabiam, co myślę. Parę dni temu napisałam już jeden tekst, ale na razie odpuściłam sobie publikację, bo wyszedł bardzo pesymistyczny, a nie chcę tu płaczów i żalów na początek wakacji. A no właśnie - wakacje! Czerwiec dał mi w kość. Do Berlina pojechałam już chora, a potem chorowałam jeszcze dwa tygodnie. Między zaliczeniami kolejnych przedmiotów pracowałam, a pod koniec miesiąca trzeba się było zmierzyć z egzaminami. Ale udało się, dziś jestem zdrową posiadaczką paru ocen bardzo dobrych. Włączyłam tryb kujona, a co się będę hamować!

Ostatnio w prawie każdym wpisie wspominam o jakimś pierwszym razie (w Krakowie na Kazimierzu jest taki fajny mural), ale to dobrze. Zawsze to jakieś wyjście ze strefy komfortu, a ciaśniutka ona, oj ciaśniutka. Nowy pierwszy raz właśnie się zaczął i będzie niezłym testem samodyscypliny i motywacji. Czekają mnie we Wrocławiu trzy samotne tygodnie. Puste mieszkanie, niewiele obowiązków, od czasu do czasu wskakuję tylko w tramwaj do pracy. No i teraz pytanie - jak to mądrze zagospodarować? Jestem cholernym leniem i już pierwszego dnia zachłysnęłam się wolnością i nie umyłam po sobie naczyń #yolo. Szkoda, że nie mam aż dwudziestu jeden talerzy, żeby odpuścić sobie zlew i gąbkę. A tak serio, cieszę się (z wyzwania, nie wizji brudnych garów) i mam zamiar wycisnąć z tych trzech tygodni ile tylko się da!

Wrocław, czyli wspomniana tęcza i krzesełko, na którym sobie teraz siedzę pisząc
Rok temu wrzuciłam na bloga wakacyjne "to do" i tamta lista wciąż jest z grubsza aktualna. Ćwiczenia, marzenia i takie tam. Teraz chciałabym się szczególnie skupić na jednym punkcie - czytaniu. Większość osób planuje latem nadrabianie książkowych zaległości i... zazwyczaj średnio to wychodzi (a przynajmniej tak wynika z moich obserwacji). Jak to jest z tym czytaniem? I czemu często wiąże się ono z dziwną presją - kto więcej, kto szybciej albo kto mądrzejsze teksty. Gdzieś w głowach mamy zakodowane, że książki to kultura wysoka, a przynajmniej wyższa. Czy faktycznie plik kartek papieru trzymany w ręce jest bardziej wartościowy niż piętnaście, dwadzieścia artykułów z internetu?

Oczywiście nie zgadzam się z demonizowaniem internetu, ale akurat w przypadku czytania w celu jakiegoś rozwoju, nie tylko czysto rozrywkowego, kluczową według mnie kwestią jest percepcja. Teksty na dziesiątkach portali umykają. Nikt ich nie próbuje zapamiętywać i sumować. Ciężej się do nich przywiązać, wracać myślami, a na autora to już w ogóle nie zwraca się uwagi (chyba, że mowa o blogu). Trudniej też skupić się dłużej na jednym tekście mając ich do wyboru tak wiele, więc czasem rzuca się tylko okiem, czyta lead i pędzi dalej. A wiedza nieutrwalona szybko ulatuje. Poza tym bodźce, o wiele, wiele, wiele za dużo bodźców. Niby czytasz, ale jednocześnie robisz milion rzeczy jednocześnie: maile, wall na facebooku, muzyka w tle. A na dodatek Messenger powiadamia o każdej jednej wiadomości. Nie ma to jak biec na drugi koniec mieszkania po telefon, żeby dowiedzieć się, że znajomy przesłał gifa ze słodkim kotkiem.

Na mnie działa już sam fakt, że książka to fizyczny obiekt. Czuję ją w ręce, a wcześniej musiałam ją kupić albo specjalnie po nią wybrać się do biblioteki. To już wymusza jakiś inny rodzaj percepcji. Czasem słyszę: Nie opłaca się kupować tej książki. To wszystko jest za darmo na Wikipedii. Ok. I co, zaglądasz tam? Siedzisz faktycznie codziennie odcięty przez bite dwie godziny i chłoniesz wiedzę? Ja nie. Jeśli Ty tak to szczerze Cię podziwiam.

Zazwyczaj nie ruszają mnie rzeczy pachnące kołczingiem, ale tym razem muszę Wam polecić (dla opornych i sceptycznych to jest rozkaz!) obejrzenie wywiadu Łukasza Jakóbiaka z psychoterapeutą Robertem Rutkowskim. Jest długi, fakt, ale taki dobry, no naprawdę świetny. Padają tam takie zdania:
Żyjemy w czasach ciągłej stymulacji, natomiast ja sam stosuję filozofię życia, która polega na: NIE CHCĘ BYĆ DOBRZE POINFORMOWANY. Nie mam potrzeby pędzić za newsami. A żyjemy w społeczeństwie, gdzie cały czas próbuje się nam wmówić, że ty musisz wszystko wiedzieć.
To jest jeden z powodów, dla których wybiegowa moda przestała mnie kręcić. Brzydzą mnie trendy. To moje życie, mój czas. Znajomość wszystkich najważniejszych kolekcji kilka sezonów w tył kompletnie nic mi nie dawała. To była wiedza dla samej wiedzy, zdobywana często bezrefleksyjnie. A do tego trzeba się było bez przerwy zmieniać na czyjś rozkaz i wymieniać szafę co kilka miesięcy. Tak biegłam, że po drodze zdążyłam nie zauważyć, że jednak mnie to nie kręci. A potem już na mecie musiałam się cofać krok po kroku i lokalizować wszystkie momenty, które sprawiły, że tak strasznie się pogubiłam.

Kraków, czyli drewniane drzwi, stara posadzka, krzak róży i ulubiona ostatnio stylóweczka

Dlatego w te wakacje staję po stronie wiedzy analogowej i mam ją zamiar zdobywać w trybie slow. Kiedyś robiłam sobie presję - muszę przeczytać tyle a tyle, być na bieżąco ze wszystkimi blogami i portalami, które lubię, durnymi newsami na Pudelku. I jeszcze liznąć polityki, i historii, i najlepiej wszystkiego. Teraz spuszczam z tonu. Może dowiem się mniej, ale skuteczniej? Się zobaczy. Zero presji, zero stresu. Mam wakacje.

Założyłam sobie na ten rok podwójną listę (uwielbiam robić listy) książek, które:
a) przeczytałam - część krótsza
b) planuję przeczytać - never ending story.

Chciałabym się z Wami podzielić kilkoma pozycjami z samego szczytu części drugiej, czyli tymi, których przeczytania wprost nie mogę się doczekać. Przy okazji staram się, żeby były to rzeczy zróżnicowane, bo strategia trzymania się jednej dyscypliny jest beznadziejna i nie polecam nikomu. No to tak:
  • "Notes on Camp" i "O fotografii" Susan Sontag 
  • "Eseje wybrane" Virginii Woolf
  • "Lata sześćdziesiąte" Jenny Diski
  • "Małe kobietki" Louisy May Alcott
  • "Sztuka i złudzenie" Ernsta Gombricha - to polecenie od Was, dzięki!
  • "Oswoić narkomana" Roberta Rutkowskiego
Dajcie znać, co sądzicie o jakości czytania w internecie. Może macie jakieś sprawdzone strony pełne fajnych tekstów, które polecacie? No i jak tam czytelnicze plany na wakacje?

Trzymajcie się i trzymajcie mnie!


zdjęcia z mojego insta @persona_obscura