07.02.2016

Och, Gucci!


Dawno nie pisałam o niczym stricte modowym, więc czas na mały powrót do korzeni. A wszystko to przez kolekcję Gucci na wiosnę/lato 2016. Przepadłam całkowicie... Marka pod dowództwem Alessandra Michele kwitnie! Aż trudno uwierzyć, że jest on dyrektorem kreatywnym dopiero od roku, bo jej wizerunek zmienił się diametralnie. Przypadek Gucci przypomina trochę to, co dla Louis Vuitton zrobił Nicolas Ghesquière (ta kampania to było szaleństwo!). Oba, cieszące się ogromną popularnością, domy mody przez lata były synonimem kiczu, a ich monogramy kojarzono raczej z bazarkiem, niż projektami z najwyższej półki. 

Nowa, bardziej wyrazista estetyka czerpie garściami z lat 70. i 80. Nie są to oczywiście żadne dosłowne przeniesienia, a raczej współczesna, mocno podkoloryzowana fantazja o tamtych czasach. Za zdjęcia odpowiada Glen Luchford, którego prace są absolutnie cudowne i bliskie mojemu sercu. Tym razem szczególnie mnie zachwycił, bo umiejscowił najnowszą kolekcję w Berlinie gdzieś około roku '80, a ówczesna popkultura niemiecka sprawia, że robię ohhh i ahhh. W trakcie oglądania tych zdjęć przyszło mi do głowy parę kontekstów, głównie filmowych, którymi chcę się z Wami podzielić. Poza tym, kampania wzbudziła sporo kontrowersji i dyskusji o ideałach promowanych w świecie mody. Ale do tego przejdę za chwilę...

Uwaga! Teraz wszyscy grzecznie puszczają sobie soundtrack do tego wpisu i czytają dalej!

29.01.2016

Kolejny taki wpis po śmierci Davida Bowiego

Stykówka z 1973, fot. Brian Duffy

W ostatnich tygodniach było nam dane usłyszeć/przeczytać mnóstwo patetycznych pożegnań i naprawdę dużych słów. I nie ma w tym nic dziwnego, bo o istnieniu Davida Bowiego wie każdy średnio rozgarnięty człowiek. Nie ma opcji, żeby tak kompletnie nie skojarzyć tego nazwiska, twarzy albo któregoś z hitów. Przy okazji po sieci zaczęły krążyć historie ludzi, którzy zamiast bajek oglądali nagrania z koncertów z lat 70., a na przedszkolne bale chodzi przebrani za Ziggy'ego Stardusta. Niestety nie byłam jednym z tych kulturalnych maleństw.

Pierwsze zarejestrowane przez mój mózg zetknięcie się z Davidem nie wyglądała wcale tak, jak bym sobie tego dzisiaj życzyła. No co zrobić, historii już nie zmienię :D Mianowicie, gdzieś około piątej klasy podstawówki TVN zaczął emitować "You Can Dance" i w finalne pierwszej edycji Gleba i Roofie zatańczyli house'owy duet. Wyglądało to tak. Zakochałam się w ich choreografii, którą potem odtwarzałam z przyjaciółką w domowym zaciszu obijając się o szafy i drzwi. Doskonale pamiętam zachwyt nad piosenką, do której tańczyli (zgadnijcie czyją!), więc postanowiłam znaleźć ją w sieci. Okazało się, że był to remix "Let's Dance". Czuwający nad moją edukacją muzyczną rodzice postanowili zaznajomić mnie z oryginałem, ale dla mnie było to tylko jakieś wolne badziewie z saksofonem, facetem w żółtych włosach i bujającymi się w barze ludźmi. Nie tego wtedy szukałam.

13.01.2016

W zawieszeniu


Dziś pożegnałam najlepszą przyjaciółkę. 
Tym samym wyczerpała się już moja siła i odporność na najbliższy czas.

11.01.2016

1947-2016

Nowy rok zapowiada się wyśmienicie...