9 lut 2018

Szajn

Mój tekst o terapii grupowej został opublikowany w super fajnym dziewczyńskim miejscu Szajn, a piękne ilustracje do niego zrobiła Żaneta Strawiak i bardzo się cieszę 


17 sty 2018

#strajkkobiet

z cyklu: g i r l  p o w e r

To miał być tylko wpis na instagramie, ale jakoś tak wyszło...
Nie wiem, co mam robić i chętnie poczytam Wasze opinie.

Dziś w całej Polsce odbywają się kolejne strajki kobiet, tym razem z powodu odrzucenia w przedbiegach projektu Ratujmy Kobiety. Do drugiej rundy dostał się za to ten przewidujący m.in. zaostrzenie obecnego prawa aborcyjnego.

Jestem przerażona, bo piszę licencjat o Hercie Müller, czytam o koszmarach, jakie w ówczesnej Rumunii zgotował totalitaryzm, o niewyobrażalnych cierpieniach spowodowanych polityką przymusowego rodzenia i nie mogę przestać budować analogii.

Jestem przerażona tabloidową jakością debaty społeczną wokół polityki okołoporodowej, edukacji seksualnej, molestowania itd. Ciągle kręcimy się w kółko, zewsząd padają te same zarzuty: że lewactwo, że zachęcanie dzieci do seksu, że pewnie sama chciała, a teraz próbuje wyciągnąć od niego kasę, że cesarka to lenistwo, że z in vitro to nie miłość, że każda powinna poświęcić swoje życie na niekończące się rehabilitacje i walkę o każdy grosz, byle wyrwać dla cierpiącego dziecka jeszcze jeden dzień życia, bo tak jest szlachetnie, że bóg by tego nie chciał. Możesz tłumaczyć, dyskutować, że chodzi tylko o wybór, bo wolność = możliwość podjęcia własnej decyzji. Że chcemy uczyć szacunku do siebie i innych. Że nikt nie ma wątpliwości, że mówimy o sprawach trudnych moralnie. I nic. Nie i już. To samo słychać było rok, dziesięć i dwadzieścia lat temu.

Nie mam siły, bo przestaję czuć, że kogokolwiek (poza garstką już przekonanych) to obchodzi. Nie rozumiem, dlaczego wciąż tyle kobiet uważa, że ich te protesty nie dotyczą albo wręcz działają na niekorzyść. Ile z nich naprawdę próbowało zgłębić temat i wyrobić sobie własną opinię?

Nie mogę spać, fatalnie się czuję i przyjście na dzisiejszy protest kosztowałoby mnie sporo wysiłku, ale zrobiłabym to, gdybym czuła, że to ma sens. Na chwilę obecną nie czuję nic.

Może z tych katastroficznych nastrojów chociaż jakaś fajna sztuka będzie…

P.S. Jeśli macie ochotę na bardziej bojownicze teksty w tym temacie to proszę się częstować w archiwum: #czarnyprotest i te strajki to przecież bez sensu

8 sty 2018

Nowa codzienność

z cyklu: a u t o t e r a p i a


Był początek lata, a ja siedziałam w poczekalni pachnącej tanim płynem do mycia podłóg i miałam pustkę w głowie. Nie mogłam uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. Że po wielu miesiącach pogrążania się naprzemiennie w apatii i stresie zmusiłam się do pójścia do psychiatry. Oczywiście w tajemnicy przed rodziną. Od dawna tkwiłam w dołku. Coraz rzadziej wychodziłam z domu, coraz więcej dni przesypiałam. Unikałam kontaktów z ludźmi. Odkładałam na później, co tylko się dało. Kompletnie nie potrafiłam skupić się na byciu tu i teraz.

Tamtego ranka czułam się najsłabszym człowiekiem na ziemi, ale nadal sądziłam, że moje problemy nie są warte uwagi. Że „to coś” w ogóle można nazwać problemami. Spodziewałam się, że zostanę wysłana do domu z jakimiś tabletkami na uspokojenie. Najwyraźniej innego zdania był psychiatra, który wysłuchał mnie w skupieniu, zadał kilka pytań, po czym skwitował naszą rozmowę słowami: intensywna terapia grupowa.



Wyszłam ze skierowaniem i wizją dwunastu tygodni na dziennym oddziale szpitala psychiatrycznego. Nie wiedziałam, czy to bardziej wyrok, czy żart. A w ogóle to jaka praca w grupie, skoro ja nie wychodzę z łóżka i stresuję się byle rozmową przy kasie w spożywczym? Marzyłam, żeby ktoś mnie przytulił i zabrał ten ciężar. Już. Zaraz. Byłam sobą potwornie zmęczona, a od psychiatry usłyszałam na odchodne, że schody dopiero się zaczną.

Miał rację.


Zupełnie nie wiedziałam czego się spodziewać po prawdziwej terapii i jej uczestnikach, bo w głowie miałam tylko filmowe sceny. Zastanawiałam się kim będą ci inni, z którymi przyjdzie mi spędzić tyle dni? Czy oni czują się chorzy? Czy nadchodzi moment, w którym staję się jedną z nich?

Zaczęło się od formalności. Wpis do szpitala, L4, a w końcu kontrakt, który był później surowo egzekwowany. Zobowiązywał nas między innymi do obecności na prawie wszystkich zajęciach, co było wyzwaniem, bo spotykaliśmy się codziennie od poniedziałku do piątku. Dyscyplina odgrywała w szpitalu istotną rolę.


Nie napiszę, że początki były ciężkie, a potem to już z górki. Tam każdy początek, środek oraz koniec bolał tak samo i było ich wiele. Kiedy tylko udawało się poskładać jakiś kawałeczek wielkiej układanki, rozpadały się dwa kolejne. Nic jednak nie przypominało filmowych sensacji, bo cała akcja odgrywała się w głowie każdego z nas, pacjentów. Próbowaliśmy się do niej dostać poprzez rozmowę rozbrajającą nasze mechanizmy obronne i żmudną analizę przyczyn, które doprowadziły nas do terapii.

Żeby zacząć pracę nad sobą, trzeba się dowiedzieć, z kim w ogóle ma się do czynienia. Na pierwszy rzut oka brzmi to idiotycznie, bo przecież każdy siebie zna. Ale p e ł n e poznanie wymaga bezwzględnej szczerości i przyjrzenia się sobie z każdej perspektywy, dosłownie każdej. Nawet tej najbrzydszej, o której istnieniu wolałoby się nie wiedzieć. To pierwsza lekcja, którą warto odrobić, żeby jak najszybciej ruszyć z miejsca.


Nie napiszę też, że po trzech miesiącach doczekałam się szczęśliwego zakończenia. Szczerze mówiąc, nie widzę go jeszcze nawet na horyzoncie. Do ostatnich zajęć wytrwało ze mną dziewięć wspaniałych kobiet i cały czas się wspieramy, ale pod koniec dnia zostaje się sam na sam z myślami. Moja walka potrwa jeszcze pewnie lata, ale pisząc to, czuję ulgę, bo jeszcze nie tak dawno temu nie chciałoby mi się o cokolwiek walczyć. Nareszcie zrobiłam pierwszy krok do wyjścia z tego potwornego, obezwładniającego impasu.

Mam depresję i zaburzenia lękowe. Nie czuję się z tego powodu dziwna albo inna. To, co kiedyś wydawało mi się tak odległe, teraz jest moją codziennością. Jakiś czas temu wyrzuciłam do kosza słowo n o r m a l n o ś ć… i nagle świat stanął przede mną otworem. Czemu? Bo kategoria normalności jest nie tylko całkowicie względna, ale też opresyjna, zakładając istnienie nienormalności, inności, której najlepiej unikać lub ją wyśmiać. Dziś, bogatsza o doświadczenie terapii, zastanawiam się, do ilu nieznanych terytoriów uda mi się jeszcze dotrzeć i je oswoić.